Jak wiadomo w październiku przypada piękne święto – zarówno nauczycieli, jak i wszystkich pracowników szkoły – Dzień Edukacji Narodowej. Samorząd Uczniowski postanowił tym razem zaproponować uczniom klas starszych udział w konkursie pn. „Wywiad z ulubionym nauczycielem”. Ocenie podlegała przede wszystkim oryginalność i ciekawość pytań, jak i ogólny poziom przygotowanych pytań i przeprowadzonego wywiadu. Najciekawsze wywiady zostały nagrodzone, a ich autorzy uzyskali także dodatkowo wysokie stopnie z języka polskiego.

Gratulacje należą się zwłaszcza zwyciężczyni – czwartoklasistce z klasy 4c – Oldze Durau, która urzekła jury swą solidnością oraz dawką humoru ujętą w pracy. O poziomie jej wywiadu
z katechetką – Panią Kornelią Kwasińską – możecie przekonać się sami, czytając jej pracę zamieszczoną poniżej (publikacja ta była bowiem jedną z części nagrody dla zwycięzcy). Drugie miejsce w konkursie uzyskała także uczennica klasy 4c – Gabriela Duber za rozmowę z Panią Edytą Kałużną, zaś trzecia lokata przypadła ósmoklasistce – Oldze Olszak, która o podróże wypytywała Panią Joannę Berndt. Na wyróżnienie zasłużyła natomiast Laura Winnicka z klasy 8 b.

Gratulujemy nagrodzonym dziewczętom, a wszystkim, którzy wzięli udział w zmaganiach – dziękujemy. Mamy nadzieję, że konkurs był nie tylko okazją do zmagań, ale także pozwolił Wam lepiej poznać Waszych ulubionych pedagogów.

SU

Wywiad z Panią Kornelią Kwasińską przeprowadziła Olga Durau, uczennica klasy 4 c w dniu 25 października 2021 roku.

Olga Durau: Dzień dobry. Dziękuję, że przyjęła Pani moje zaproszenie i zgodziła się udzielić mi wywiadu.

O jakim zawodzie Pani marzyła, kiedy była Pani małą dziewczynką ?

Pani Kornelia Kwasińska: Cóż… zawsze marzyłam o tym, żeby być nauczycielem. Od najmłodszych lat, kiedyw domu popołudniami się bawiłam, to czasami sadzałam na krześle, na tapczanie albo na kanapie moje lalki  i to byli moi uczniowie. Miałam założony taki duży zeszyt A4, to był dziennik. To w nim zapisywałam wszystkie lalki nadając im imiona, nazwiska, wymyślając przy tym oczywiście numery. Kiedy chodziłam do szkoły podstawowej, jak się uczyłam, przygotowywałam do kartkówek, do sprawdzianów, to pytałam te moje lalki, to byli moi uczniowie. W ten sposób powtarzałam sobie materiał, którego musiałam się nauczyć. Czyli ja, jakby za te lalki odpowiadałam, a w ten sposób utrwalałam sobie wiadomości i się przygotowywałam. Ale sam zawód nauczyciela podobał mi się od najmłodszych lat.

O. D.: Aha… Czyli jakby zabawa i nauka razem.

Pani K. K.: Tak. Nauka była poprzez zabawę i odwrotnie.

O.D.: I kolejne pytanie.  Ile Pani miała lat, gdy postanowiła Pani zostać nauczycielem?

Pani K. K.: Pod koniec szkoły podstawowej, gdzieś siódma, ósma klasa. Później będąc w liceum w Łobżenicy, dojrzewałam do tego postanowienia, do tej decyzji. No i … później, po zdanej maturze, rzeczywiście studia pedagogiczne. Początkowo myślałam, by studiować historię, ale moje plany takie prywatne, osobiste, jednak skończyły się na tym, że wybrałam teologię. Studiowałam najpierw w Pile. Później również w Słupsku. Mam skończone studia magisterskie z dziedziny pedagogiki ogólnej w Słupsku.

O. D.: Czy Pani rodzice też byli nauczycielami? A może wykonywali inne zawody?

Pani K. K.: To znaczy moja mama była kucharką. Pracowała jako kucharka w placówce oświatowej – w przedszkolu. Natomiast tata… tak, był związany z nauczaniem, bo był instruktorem nauki jazdy. Uczył jeździć, również popołudniami i wieczorami. Pamiętam, bo bardzo późno wracał z pracy, prowadził wykłady dla przyszłych kierowców. Przekazywał im też wiedzę z dziedziny przepisów ruchu drogowego. 

O. D.: A czy się też zdarzało, że Pani jako mała dziewczynka na przykład przychodziła na te wykłady?

Pani K. K.:To znaczy, wiesz co… jak tata mógł mnie zabierać, to bardzo chętnie z tego korzystałam. Jak mi czas pozwalał, odrobiłam szybciej lekcje i czasami jechałam z tatą. A tym bardziej jeśli prowadził wykłady, zajęcia w miejscowościach, gdzie mieliśmy rodzinę. Przy okazji odwiedzałam wtedy kuzynki, kuzynów, czy ciocię, wujka. Lubiłam też jeździć, jeśli tata mógł na to pozwolić. Lubiłam słuchać jak opowiadał, jak uczył tych przyszłych kierowców, jakie mieli problemy, jak zadawali mu pytania. A czasami też, jak czas pozwalał, to nawet siedziałam gdzieś tam z tyłu w samochodzie, w którym była prowadzona nauka jazdy, towarzyszyłam, obserwowałam i tak, tak no…biorąc – może nie czynnie, ale tak biernie – udział w tych lekcjach nauki jazdy. Sprawiało mi to przyjemność.

O. D.: Czyli można powiedzieć, że Pani była wtedy takim jakby dodatkowym uczniem.

Pani K. K.: Tak i przy tym obserwatorem, tak jakbym nie wiem… hospitowała swojego tatę, sprawdzała, jak on uczy. Być może w moim przypadku był to zalążek przekazywania wiedzy innym, moja przyszłość z zawodem, który teraz wykonuję. Być może obserwacja pracy mojego taty skłoniła mnie do tej decyzji, do podjęcia studiów pedagogicznych, do podjęcia pracy nauczyciela.

O. D.: Czy uważa Pani, że nauczyciel religii (albo katecheta) to trudny zawód?

Pani K. K.: Tak, jest trudny, w ogóle w tych obecnych czasach, gdzie niektórzy ludzie, również chrześcijanie, zwracają uwagę na to, co podają media, Internet, czy różne środki masowego przekazu. Jest jakieś zeświecczenie obyczajów, pracoholizm, gonitwa ludzi za pieniędzmi, za karierą. I w tym wszystkim (no niestety) to jest przykre, ale nie ma czasu dla Boga. Nam jest trudno, jako katechetom, przekonać dzieci lub dorosłych do tego, że może nie krytykować, ale że warto poszukiwać, odnajdywać też sens życia w Piśmie Świętym. Czasy są bardzo trudne
i dlatego my mamy naprawdę ciężkie zadanie do spełnienia. Cieszy mnie fakt, że jednak większość moich uczniów, uczniów naszej szkoły, uczęszcza na lekcje religii. To jest taki bodziec, który dodaje mi skrzydeł, kolokwialnie mówiąc. Jestem zadowolona ze swojej pracy. I chociaż takimi małymi kroczkami, ale widzę jakieś sukcesy i osiągnięcia. Działalność charytatywna w Szkolnym Kole Caritas, którego jestem opiekunem, sprawia mi wiele satysfakcji.

O.D.: Da się zauważyć, że zwłaszcza te dzieci najmłodsze: z przedszkola, czy z pierwszej i drugiej klasy lubią religię, bo dużo tam rysowania.

Pani K. K.: To takie przyjemne lekcje. Odpocząć można, też troszkę pośpiewać. Jeszcze na tym etapie tak. Potem jest już troszkę trudniej. Wychowanie wynosimy z domu. Dużą rolę do odegrania, jeśli chodzi o wiarę, religię, mają rodzice.

O. D.: Czy jako katecheta ma Pani też obowiązki w parafii?

Pani K. K.: Tak, mam obowiązki w parafii: przygotowanie do sakramentów czy uczestnictwo w nabożeństwach. W nabożeństwach towarzyszę dzieciom. Moi uczniowie widzą przykład wiary płynący z mojej postawy, z mojego zachowania, zaangażowania. W przypadku katechetów obowiązki są zarówno w szkole, jak i uczestniczenie w życiu parafii.

O. D.: Czy jest dział religii, który Panią szczególnie interesuje?

Pani K. K.: Jeśli chodzi o dział religii bardzo interesują mnie wydarzenia związane czy opisane w Starym Testamencie w Biblii. Lubię cofać się w przeszłość, doszukiwać, czytać. Interesuję się też żywotami świętych i może dlatego zaciekawiły mnie też fragmenty dotyczące dziejów proroków. Uważam Stary Testament za zalążek naszej wiary, Historii Zbawienia. Stary Testament wtajemnicza nas w tę drugą część –  Nowego Testamentu. Po prostu lubię… Może nie jest to całkowicie dziedzina religii, ale chodzi mi o poszukiwanie sensu życia. Może dlatego, że całe moje zainteresowania zmierzają, zmierzały już wcześniej, ku historii. Lubiłam ten przedmiot w szkole, jak wspominałam na początku, chciałam studiować akurat historię, to być może też tutaj ta dziedzina, powiedzmy sobie w cudzysłowie –  religii, jest mi tak bardzo bliska.

O. D.: Czy oprócz religii uczy Pani też innych przedmiotów?

Pani K. K.: Nie uczę, ale mogę pracować jako nauczyciel biblioteki, bo też mam skończone Bibliotekoznawstwo i Informację Naukową. Tak to się kiedyś nazywało, bo ja skończyłam to dawno temu, około dwudziestu lat. (śmiech) Lubię książki, dlatego podejrzewam, że ta praca sprawiałaby mi satysfakcję, zadowolenie, przynosiła radość. Tym bardziej, że przez półtora roku, dawno, ale pracowałam w bibliotece.

O. D.: Aha, czyli  gdyby zabrakło w naszej szkole bibliotekarek lub bibliotekarzy to Pani by się zgłosiła?

Pani K. K.: Oczywiście, tak. Jeśli będzie taka możliwość, to na pewno chętnie z takiej skorzystam.

O. D.:8. Czy ma Pani rodzeństwo? Czy ktoś z Pani rodzeństwa też jest nauczycielem?

Pani K. K.: Mam rodzeństwo i nikt z mojego rodzeństwa nie jest nauczycielem. Powiem Ci dalej, nikt z kuzynostwa, w ogóle nikt z mojej rodziny, bliższej czy dalszej, nie jest nauczycielem. Ja jestem jedyną nauczycielką w całej mojej rodzinie.

O. D.: Czyli może się Pani poczuć trochę wyjątkowo.

Pani K. K.: No… zależy, jak na to patrzeć, ale być może. Chociaż ja się nigdy tak nie czułam. Jestem daleka od grzechu pychy, zarozumialstwa. Wręcz odwrotnie. Nie czuję się kimś wyjątkowym, ważniejszym czy uprzywilejowanym, czy kimś, kto posiada wyższe wykształcenie, czy nawet status materialny (czyli jest jakby nad tymi wszystkimi, którzy tego nie mają). Raczej skromność to jest moje drugie imię. 

O. D.: Dosyć o pracy. (uśmiech) Co lubi robić Pani w wolnym czasie? Jakie ma Pani pasje?

Pani K. K.: Jakie mam pasje?… Lubię, jeśli mi czas na to pozwala, sobie odpocząć. Mogę usiąść, zająć się swoimi przyjemnościami, czas poświęcić swoim dzieciom, zwłaszcza najmłodszemu synowi, bo starsi już mnie mniej potrzebują. Lubię poczytać dobrą jakąś książkę, powieść, obejrzeć jakiś ciekawy film. Zwłaszcza, jak to kobiety, jakąś tam komedię romantyczną. Lubię troszeczkę pożartować, pośmiać się, iść na długi spacer, ale tylko i wyłącznie, kiedy jest piękny zachód, słoneczko, ciepło. Ja w ogóle mówię o sobie, że mogłabym mieszkać tylko i wyłącznie w tych ciepłych, gorących nawet krajach, bo lubię ten klimat.

O. D.: Lubi Pani gotować? Ma Pani jakieś ulubione danie albo danie popisowe?

Pani K. K.:Bardzo lubię gotować, mniej zmywać później po tym gotowaniu (śmiech), ale gotować tak. Moja rodzina… zachwala moją kuchnię. Nawet czasami mnie namawiają, ale nie zawsze czas na to pozwala. Mają takie ulubione swoje potrawy, które kiedyś im zaserwowałam i im zasmakowały. Jak jest tylko okazja, to mówią: „Mamo, prosimy, zrób, bo to dobre”, albo „Znowu Ci to wyszło”. Mój starszy syn zachwala sobie, kiedy do niego jadę, bo on nie mieszka w Wyrzysku, ale często chce moje drobiowe kotlety albo takie sznycle (to jest taki troszeczkę mój pomysł). Wybieram też do tego odpowiednie przyprawy, które wiem, że przypadły do gustu, że lubią. A popisowym daniem jest leczo, nie typowo warzywne, ale z dodatkiem mięsa, kiełbasy. Taki gulasz „pomieszane z poplątanym”. Trochę warzyw, trochę też bardziej treściwych produktów, czyli tak jak wspomniałam mięsko, kiełbaska. I tym się zajadają i bardzo często proszą o takie danie. Tym bardziej jak jest za oknem zimno, deszczowo. Oni się po prostu tym nie tylko zajadają, ale rozgrzewają, dodają sobie energii.

O. D.: Zwierzęta to też stworzenia Boże. Czy ma Pani jakieś ulubione zwierzę?

Pani K. K.: Bardzo lubię psy i konie. Jeśli miałabym kiedyś takie możliwości, żeby mieć jakieś zwierzątko w domu to na pewno na przykład labradora. To jest takie moje marzenie. Na razie moje warunki mieszkaniowe na to nie pozwalają, ale jeśli kiedyś się to zmieni, to na pewno bym takiego pieska chciała. Konia raczej nie! (śmiech). Nie stać mnie na konia, ale psa tak! Konia nie miałabym gdzie trzymać, nawet jakbym miała wielki dom.

O. D.: Czy Pani zdaniem obowiązki żony i matki trudno jest pogodzić z pracą zawodową?

Pani K. K.: Tak, na pewno. Tym bardziej jeśli chodzi o nauczycieli religii. Jak ci wcześniej wspomniałam, my oprócz obowiązków zawodowych w szkole, mamy jeszcze obowiązki w parafii. I czasami musimy to godzić. Ze szkoły do domu i później, za godzinę czy nawet wcześniej czy później, no już to obojętne bez względu na czas, biec też do kościoła. Tak naprawdę: dom, praca, kościół.

O. D.: Pani przed chwilą wspomniała: „biec do kościoła”, czyli na próbę Pierwszej Komunii?

Pani K. K.: Na przykład, tak. Sama wiesz, bo przerabialiśmy to niedawno, pół roku temu. (śmiech)

O. D.: Tak. (śmiech)

Pani K. K.: Ooo, właśnie i to nie była tylko jedna próba. I wieczorami się wraca… A tu jeszcze też coś w domu czeka… No na pewno…, nie ukrywam, że tylko w naszym zawodzie, w wielu takich wykonywanych przez kobiety. Trzeba sobie jakoś radzić! Co zrobić? Ale nie zawsze jest łatwo.

O. D.: Czy są rzeczy, których się Pani boi? Np. pająki, myszy… Czy jest coś takiego, czego by Pani nigdy nie zrobiła?

Pani K.K.: To znaczy… brzydzę się, dokładnie tak bym to nazwała, plotką, obmową, szyderstwem. Do tego jeszcze jakimś krzywoprzysięstwem. Natomiast jeśli chodzi o jakieś tam zwierzątka, których bym nie wzięła może do ręki, których bym się bała czy brzydziła to na pewno jakieś tam dzikie zwierzęta. Ostrożnie bym do nich podchodziła, zwłaszcza te z ogrodów zoologicznych. Natomiast takich, które najszybciej można by było spotkać, nawet naszych tutaj terenach, to na pewno szczur. Mysz – nie. Myszy się tam nie boję, pająków też nie. Moje koleżanki zawsze się dziwiły. One gdzieś tam biegły, krzyczały jak zobaczyły pająka, a ja po prostu brałam, wypuszczałam go przez okno, ale szczura – boję się, brzydzę się i na pewno bym go unikała.

O. D.: Większość ludzi się chyba boi szczurów. Jak na przykład ja.

Pani K.K.: Nie przepadam też za kotami.

O. D.: Ja tak samo.

Pani K. K.: No właśnie. Chociaż jedno nas tutaj łączy może. Zwierzęta, których byśmy nie chciały spotkać na swojej drodze. (śmiech)

O. D.: Bardzo dziękuję Pani za wywiad.

Pani K. K.: Nie ma za co. Cała przyjemność po mojej stronie. Życzę ci wszystkiego dobrego. Trzymam kciuki, żebyś ten konkurs wygrała.

O. D.: Dziękuję.